środa, 22 czerwca 2011

Meet Joe Black

   Długo nic nie pisałem. Jak już dorwałem się do jakiegoś filmy to albo było to totalne dno albo brakowało mi chęci. Las Vegas Parano dostało dobrą ocenę, bo Dżony Dep. Nie było czasu na jakiekolwiek filmy, a większość cennych godzin mojego życia spędzałem na nic nie robieniu i na innych bardzo ważnych sprawach. Dziękuję.
  Ostatnio dużo wolnego czasu spowodowało, że postanowiłem znowu ruszyć z produkcją niskopoziomowych recenzji i innych bzdetów. Ostatnie filmy widziane prze moją postać były dobre i bardzo dobre. Zaczynając od Piratów z Karaibów i kończąc na Joe Black'u. Podrodzę były jakieś Super 8 i trochę taniego kiczu w tv. 
   Dzisiaj obejrzałem bardzo dobry film (Joe Black)... moim zdaniem, a ja się na tym nie znam. Akcja rozgrywa się w jakimś dużym mieście więc raczej będzie nudny. Poznajemy starszego pana (Hopkinsa), który prowadzi firmę i jest bardzo bogaty. Jego córka szykuje dla niego przyjęcie z okazji 65 urodzin. Mimo tak wspaniałego, bogatego życia Pan William Parrish nie wygląda na szczęśliwego. Zaczyna go prześladować głos. (brzmi strasznie) "Głos" przychodzi do niego pod postacią młodego mężczyzny (Brad Pitt). Joe Black, bo tak nazwał go magnat, wprowadza się do jego domu i oznajmia, że czas Parrisha dobiega końca. Śmierć poznaje ludzkie życie i daje czas Williamowi, który musi znosić postać upierdliwego gościa zza światów. Joe Black zakochuje się w córce biznesmena... z wzajemnością. Niestety nie może dłużej przebywać z Susan. Jego pobyt w ciele ludzkim musi dobiec końca.
   Historia ta przedstawia ostatnie dni Williama Parrisha. Poznajemy go samego i jego rodzinę. Główną postacią jest jednak Joe, który swoją obecnością zmienia bardzo wiele. Przyczynia się do problemów Williama, ale również rozkochuje w sobie jego córkę. Dużym plusem filmu jest inny sposób przedstawienia śmierci. Nie jest to stara, zepsuta, trupia postać. Martin Brest pokazał śmierć w postaci młodego, przystojnego mężczyzny. "Kostucha" szuka odpoczynku od swojego zajęcia. Nie jest bezduszną postacią, potrafi kochać. Jedynie topos " Danse Macabre" nawiązuję do oryginalniej postaci śmierci. Każdy, niezależnie od stanu majątkowego jest bezradny wobec śmierci. 
    Naprawdę dobry film, chociaż porusza nieciekawy temat śmierci + lofff. Dodatkowo strasznie długi (prawie 3h), gdzie aktora mogli zabić nieco szybciej. Końcówka niepotrzebnie jest ciągnięta przez nie wiadomo ile czasu. Po za tym na plus ścieżka dźwiękowa i fajerwerki.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dawać komcie ludziska :*